wtorek, 2 grudnia 2014

Hamburg

 
Październik był dla mnie wyjątkowo przyjemnym miesiącem. (Tak, dopiero teraz piszę o tym, gdy w kalendarz kopnął grudzień, musicie mi wybaczyć ten poślizg) Pomimo ogromu nauki, jaki już wtedy się zaczął, miałam możliwość oderwania się na chwilę od szkoły i wzięłam udział w wymianie z Danią.
 
 
Przez tydzień mieszkaliśmy w internacie w szkole z Duńczykami, którzy byli naprawdę gościnni i pozwolili posmakować ich szkolnego, trochę innego od naszego, życia. Już na przełomie marca i kwietnia nasi skandynawscy przyjaciele zawitają do Polski, nie mogę się doczekać!
 
Hamburg, bo to o nim będzie dzisiejszy post, był ostatnim punktem wycieczki. Ile razy już wspomniałam, że uwielbiam podróżować i zwiedzać nowe miasta? Pewnie przy każdej możliwej okazji Wam o tym przypominam, no ale cóż, przywykliście :)
W tym niemieckim mieście położonym w północnej części kraju, spędziliśmy większą część dnia. Pomimo tego, że mieliśmy niewystarczająco dużo czasu, aby zobaczyć wszystko, to i tak Hamburg skradł moje serce. Nie wiem czy to dlatego, że akurat dopisała nam piękna pogoda, której nie mieliśmy w Danii, czy to przez cudowną architekturę, którą tworzyły nowoczesne budynki wkomponowane w lofty z czerwonej cegły, które kiedyś pełniły funkcje magazynów. O urokach tego miasta musicie się przekonać sami!
Wiedzieliście, że Hamburg dostał miano Europejskiej Stolicy Czystości? Na ulicach nie znajdziecie śmieci, czy miejsc, które odpychają swoim wyglądem, dlatego tytuł jak najbardziej przyznano mu słusznie.
Nie Wenecja, ani Amsterdam, ale właśnie Hamburg, posiada najwięcej mostów i kładek na świecie- aż tyle, ile te dwa bardziej znane miasta razem wzięte! Wiedzieliście?
 
aż tyle, ile te dwa bardziej znane miasta razem wzięte

Czytaj więcej na:
http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Hamburg-miasto-pelne-mostow-n39427.html#tri
Nie Wenecja, nie Amsterdam, ale właśnie Hamburg ma najwięcej mostów i kładek spośród miast świata - aż tyle, ile te dwa bardziej znane miasta razem wzięte. Dzięki krętym uliczkom, ciągnącym się nad kanałami, można dostać się w liczne zakamarki i znaleźć mnóstwo atrakcji tego hanzeatyckiego miasta.


Czytaj więcej na:
http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Hamburg-miasto-pelne-mostow-n39427.html#tri
Nie Wenecja, nie Amsterdam, ale właśnie Hamburg ma najwięcej mostów i kładek spośród miast świata - aż tyle, ile te dwa bardziej znane miasta razem wzięte. Dzięki krętym uliczkom, ciągnącym się nad kanałami, można dostać się w liczne zakamarki i znaleźć mnóstwo atrakcji tego hanzeatyckiego miasta.


Czytaj więcej na:
http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Hamburg-miasto-pelne-mostow-n39427.html#tri
Czy spotkałam się tam z jakimiś trudnościami? Niestety muszę przyznać, że tak i to jedną dużą! W mieście jest tylko jeden(!) kantor, do którego ciężko trafić. Mieszkańcy sami nie wiedzą , gdzie mieści się jego siedziba. Uwierzcie, że szukanie czegokolwiek w tak dużym mieście i nie zgubienie się, graniczy z cudem! Ale takie nieplanowane "wycieczki" też mają swoje plusy. Można zobaczyć miasto z nieco innej, nieturystycznej strony. Oczywiście, w bankach możemy wymienić pieniądze, ale jak to powiedział mi jeden z panów, z którym rozmawiałam w tej instytucji, "to jest po prostu nieopłacalne, bo dużo na tym stracimy".  Dlatego dla wszystkich, którzy będą kiedykolwiek szukali kantoru, znajdziecie go na piętrze na Dworcu Kolejowym, na którym, nawiasem mówiąc, panuje niewyobrażalny tlok!
 
Kończąc rozważania na dzisiaj, zapraszam do oglądania zdjęć :)
 
 
 
 
 















 

 

poniedziałek, 27 października 2014

DENMARK

 
 
 
 
Wspominałam już, że uwielbiam podróżować? Jeżeli nie, albo kogoś coś ominęło, to ogłaszam wszem i wobec, że podróże małe i duże, to moje hobby. Zwiedzam świat na wszystkie możliwe sposoby. Kiedy mam tylko możliwość pakuje swoje manatki, zabieram paszport i wyruszam w drogę ku nowym doznaniom i przeżyciom. Poznawanie nowych kultur, ludzi, tradycji i życia "od kuchni" w danym kraju to coś, co jest najlepszą rzeczą pod Słońcem! Niezapomniane chwile, wspomnienia, momenty uwiecznione na fotografiach, czas spędzany na pełnych obrotach.
Kolejnym miejsce, jakie mogę odhaczyć na mapie jest Dania. Skandynawia była moim wielkim marzeniem od dawna, chociaż przyznać muszę, że niekoniecznie jestem fanką panującej tam pogody w październiku. Zimne poranki, popołudnia i wieczory, o nocy nie wspominając, nie są najlepszą atrakcją jaką możemy sobie zapewnić. Bez kurtki zimowej, szalika i czapki nie ma mowy o przeżyciu! Uczucie zimna potęgowane przez chłodny wiatr, nie jest najprzyjemniejszą rzeczą jaka mnie tam spotkała, ale co zrobić? Trzeba wszystko przetrwać :)
Dzisiaj przychodzę do Was z krótką relacją z pobytu nad morzem. Pojęcie "morza" pewnie większości z nas kojarzy się w porą wakacyjną, palmami, ciepłym piaskiem i turkusowymi falami, w których możemy się schłodzić w chwilach, kiedy termometry pokazują +30 stopni. A jednak tym razem, jeżeli mówimy o Danii, musicie sobie wyobrazić nieco inne temperatury powietrza, tak mniej więcej 5 stopni i dołożyć do tego podmuchy wiatru, które walczą z Tobą, próbując przewrócić Cię, albo przynajmniej nie dające Ci zrobić swobodnego kroku do przodu. Pogoda marzenie, bo nie padał deszcz. Tyle dobrze! Nie wyobrażam sobie, co by było, gdyby jednak zachciało by mu się spaść i zmoczyć nas całkowicie. 
Plaża, jak widać szeroka, długa, końca nie widać... ani ludzi. Bo nikt normalny o tej porze nie wychodzi z domu i nie poddaje się działaniu tak ciężkich warunków. A szczerze mówiąc Danię o tej porze roku odwiedza mała ilość turystów. Miasteczka są opuszczone, puste, ciche i spokojne. Można się nieźle tutaj wyciszyć.
Nie przedłużając, zapraszam do obejrzenia tych kilku zdjęć.
 
A jak to się stało, że wylądowałam pewnego dnia w Hojer? Co mnie tam sprowadziło? Jakie wyniosłam z tego doświadczenia?
 
Dowiecie się już w następnym poście...
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Siły natury wygrywały ze mną za każdym razem.
 
 
 
 
 
 

czwartek, 14 sierpnia 2014

Come and taste a little bit of Greece

 


  Drugą połowę lipca spędziłam w pięknej, gorącej Grecji razem z moimi przyjaciółmi. Nie była to już moja pierwsza wizyta w tym państwie. Wcześniej dwa razy gościłam na wyspach- Kosie i największej greckiej wyspie, Krecie. W tym roku przyszedł czas na zwiedzanie lądu.
  Nei Pori, w którym zatrzymaliśmy się na czas naszego pobytu, to jedna z mniejszych miejscowości turystycznych, położona na Riwierze Olimpijskiej, pomiędzy górami i morzem. Plaże są długie, szerokie i czyste (wzdłuż nich rozciąga się długa promenada, przy której znajduje się mnóstwo tawern i sklepików), a miasto ciche i spokojne. Wieczorem, spacerując brzegiem, można podziwiać słońce zachodzące za górą Olimp. W porównaniu do Lloret de Mar, w którym byłam kilka tygodni wcześniej (relacja tutaj), grecki kurort jest typowo wypoczynkowy, panuje tutaj wyjątkowo kameralna atmosfera. Próżno szukać w mieście dyskotek czy klubów. Funkcjonuje jedynie małe Wesołe Miasteczko, które jest jedną z większych rozrywek w Nei Pori.
  Czas przeleciał wyjątkowo szybko, o nudzie nie było nawet mowy, słońce grzało niesamowicie, a ulgę w ciężkich chwilach przynosiły kąpiele w morzu. Nie przedłużając; Po Grecji zostają już tylko piękne wspomnienia, a Was zapraszam teraz do obejrzenia krótkiej relacji.